Kinol da Vinci

Tak sobie patrzę na to co stworzyłem w nagłówku bloga. Fajnie w sumie to wyszło, prawda? Zdolniacha ze mnie… Tylko, że, kruca bomba, wielki kinol mam!

Trzeba ostro brać się do roboty. Ostatnio nieco odpuściłem z projektem. Powinienem narzucić sobie jakąś dyscyplinę, a z tym u mnie zawsze bywało ciężko. Podziwiam ludzi, którzy potrafią pracować sami, bez bata nad głową, w domu. Mi to jakoś ciężko idzie. Ale będę musiał się tego nauczyć jeśli rzeczywiście chcę napisać to o czym myślę. Znaczy się książkę. Taką do czytania. Nie wiem czy ktoś to będzie czytał, ale nie dowiem się dopóki tego nie napiszę. Dobre w tym wszystkim jest to, że pomysł nadal wydaje mi się fajny, nadal uważam, że warto nad nim pracować. To na razie pierwszy raz kiedy tak długo jestem w stanie akceptować wytwór swojej wyobraźni. Dotychczasowe pomysły albo nie zostawały przeze mnie w żaden sposób rozwijane albo umierały w trakcie myślenia o nich. Stwierdzałem, że coś jest głupie, kiepskie, pretensjonalne, żałosne, mało oryginalne i odstawiałem na bok. Tym razem jest nieco inaczej. Pomysł jest. Wiem jak mniej więcej zacząć. Po raz pierwszy wiem też jak skończyć! To już duży sukces. Przebieg wydarzeń też mniej więcej mam opracowany. Jest kilka punktów dyskusyjnych, w których nie mam do końca pewności jak wszystko powinno się potoczyć. I nad tym muszę popracować. Czeka mnie wizyta w Bibliotece Narodowej – chcę postudiować trochę prasy policyjnej, ale też mam nadzieję, że znajdę tam roczniki takich pism jak “Nie z tej ziemi” itp. Z czegoś trzeba czerpać inspirację. Na razie moje poszukiwania są dosyć celne. Odświeżyłem sobie “Śniadanie mistrzów” Vonneguta, co dało mi bardzo dużo. Poznałem twórczość Eduardo Mendozy (”Przygoda fryzjera damskiego”), dzięki której przypomniałem sobie o tym jak można pisać…

Ostatnio czytałem artykuł o obciachowej literaturze, której nie można czytać. Ba! Wstyd jest sięgać po te książki. Ona sama, biedaczka, żeby stworzyć ten cudny tekst, musiała się męczyć z tą literaturą. Jednym z autorów, których odradza jest Dan Brown. Podchodzi do tematu bardzo poważnie pisząc jakie to straszne, że są ludzie, którzy doszukują się w tym głębi, refleksji o wierze, chrześcijaństwie etc. Szczerze powiem, że nieco się tym rozbawiłem. Literatura jaką uprawia Brown jest czysto rozrywkową formą zabawy z czytelnikiem. “Kontrowersyjne” treści jakie są zawarte w “Kodzie Da Vinci” to nic innego jak marketingowy chwyt, który pozwoli książkę lepiej sprzedać. Czy zainteresowanie tą literaturą byłoby tak wielkie gdyby dotyczyło badaczy malarstwa Stanisława Wyspiańskiego szukających tam odpowiedzi na pytania dręczące neoromantyków? Cała otoczka jaką stworzył wokół siebie Brown to świetnie pomyślana kampania, dzięki której jego dzieło tak dobrze się sprzedało. Ja osobiście lubię tego typu książki, bo dobrze się je czyta, trzymają w napięciu, są fajną rozrywką. To dobra odskocznia po takich killerach jak “Kraina Wódki”. Osobiście lubię “mieszać” książki, które czytam. Coś ciężkiego, coś lekkiego. Mo Yan, a potem może być Dan Brown. Thomas Pynchon, a potem Harlan Coben. Philip Roth, a potem Robin Cook…. Równowaga musi być!

Leave a Reply