Odurzająca podróż do Alkoholandii
Jestem świeżo po lekturze “Krainy wódki” niejakiego Mo Yana. Ten pan to taki chiński pisarz. Nie wiem czy pisze po mandaryńsku czy po kantońsku czy też w jakiejś innej odmianie chińskiego, ale na pewno pisze po chińsku… Pisze bardzo niezdrowe rzeczy. Chore.
Znajomy, kiedy spytałem go o tę książkę, stwierdził, że to była jedna z najbardziej chorych rzeczy jakie czytał w swoim życiu. A, że jest to znajomy, którego pojęciu niezdrowej literatury ufam, więc była to nader zachęcająca rekomendacja.
Już sam opis na tylnej okładce sugeruje, że jest to historia dziwna. Wysoko postawiony śledczy z Pekinu Ding Gouer zostaje wysłany ze specjalną misją do prowincji chińskiej, o bardzo wdzięcznej nazwie, Alkoholandia. Ma tam zbadać czy prawdą są pogłoski, że obywatele tej krainy, dokładniej dygnitarze i działacze partyjni, oddają się kanibalizmowi – zjadają małe dzieci. Jednocześnie jeden z doktorantów Uniwersytetu Gorzelnictwa (z Alkoholandii oczywiście) zaczyna korespondować z wybitnym chińskim pisarzem… Mo Yan’em.
Nie jest to niekonwencjonalny kryminał bynajmniej. Bo śledztwa jako takiego nie ma. Historia Dinga to pasmo wydarzeń, które prowadzą do metamorfozy bohatera. To stopniowe zmiękczanie jego osobowości, przemiana z twardziela w roztrzęsionego, przerażonego człowieka, a raczej jego wrak. Korespondencja Mo Yana z doktorantem stanowi pewne uzupełnienie tej opowieści.
To jest chore. To jest nawet bardzo chore. Generalnie te słowa nie oddają skali “choroby” pisarza. Mo Yan dysponuje niebywałym talentem opisywania wydarzeń, sytuacji. Jego język jest niemalże filmowy – sposób w jaki prowadzi akcję, przedstawia kolejne wydarzenia bardzo mocno oddziaływuje na wyobraźnię. On nie mógł pisać tego na trzeźwo. Bo takich rzeczy się nie da robić będąc czystym. W trakcie lektury chwaliłem się znajomym – rzeczywiście to jest chore, pokręcone i pojechane. Cały czas zastanawiałem się co siedzi w głowie tego człowieka, że to wszystko wymyślił. To uczucie towarzyszyło mi mniej więcej do 200 strony. Potem “zwątpiłem”. Nastąpiła tak silna eskalacja, że wszystko co czytałem wcześniej zdawało się niewinną bajeczką dla dzieci… “Kraina wódki” nie kończy się odpowiedzią na pytanie postawione na początku – kto je te dzieci i czy rzeczywiście są one zjadane. Ciężko ocziekiwać po tym dziele tak oczywistego zakończenia.
Ale to nie jest choroba dla choroby, sztuka dla sztuki. Gdzieś pod tym wszystkim kryją się silne aluzje polityczno-społeczne, odniesienia do polityki rodzinnej w Chinach, korupcji wśród urzędników, niezdrowych układów panujących w tym państwie. Najlepsze tym wszystkim jest to, że Mo Yan nie siedzi na emigracji. Nie siedzi w Hong Kongu (teraz by mu to i tak pewnie nic nie dało). Jest szanowanym obywatelem, uznawanym za jednego z najwybitniejszych chińskich pisarzy. Nic mu nie zagraża. To niesamowite, bo gdybym ja pracował w chińskiej cenzurze i chciał gorliwie wykonywać swoje służbowe obowiązki to dawno bym już tego pana posłał za kratki!
W Polsce pojawiły się do tej pory 2 książki tego pisarza. Na razie nie biorę się za “Obfite piesi, pełne biodra”, bo muszę nieco odsapnąć od takiej literatury, ale na pewno po to sięgnę. Szkoda, że tylko dwie. Bo bardzo bym chciał przeczytać np. “Czerwone sorgo”. Książkę, na podstawie której Zhang Yimou nakręcił swój debiutancki film o tym samym tytule. Zdobył za niego Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, rozpoczął swoją karierę, dał rozgłos pisarzowi. Był to też udany start międzynarodowej kariery aktorki Gong Li, która w “Czerwonym Sorgu” zagrała główną rolę. Mam nadzieję, że wydawnictwo W.A.B. (wydawca obydwóch książek, o których wspomniałem) szykuje się do tego, żeby “skazić” jeszcze polski rynek czymś co wyszło spod ręki Mo Yana. Bardzo bym sobie tego życzył!
22/12/2008 @ 20:41
[...] Theorina – mało jest pozycji z tak niesamowitym klimatem. Ale książką roku jest bez wątpienia “Kraina wódki” Mo Yana – jedna z najbardziej chorych jakie kiedykolwiek czytałem.Na bełt roku zasłużył sobie pan [...]