Osierocony Miike
Byłem ostatnio w kinie na dwóch filmach: “Sierociniec” Juan Antonio Bayony i “Sukiyaki Western Django” Takashiego Miike. Ten pierwszy z czystym sumieniem polecam. Dość prosta historyjka – opuszczony sierociniec, duchy… Dość proste środki “straszące” – skrzypienia, tuptania, błyski, trzaski, piski… Dobrane jednak w zabójczy sposób, uzupełnione wspaniałymi zdjęciami i muzyką. Parę razy naprawdę podskoczyłem w fotelu. Szkoda tylko troszkę zakończenia. Był taki moment kiedy myślałem sobie – skończcie ten film teraz. To idealny moment. Jest świetnie. Chyba tylko Amerykanom moglibyście wyciąć taki numer, że będzie ta jeszcze jedna scena… Niestety była. Bardzo to odbioru nie psuje, to tylko taka mała “ryska”. Generalnie super klimat, wciąga – ma w sobie to “coś”.
Mówi się, że “Sukiyaki Western Django” to największe wydarzenie tegorocznej “Filmostrady”. Takashi Miike i jego western. Historia o Samurajach przeniesiona w ubranka kowbojów, Indian etc. Pomysł fajny. Początek super. Momenty niezłe. Całość? Niestrawna. Mam wrażenie, że Miike, który robi jeden film za drugim, w przypadku tego wyjątkowo się spieszył. Zaprosił Quentina Tarantino do współpracy i myślał, że to załatwi sprawę. Marketingowo pewnie tak, bo dużo ludzi mówi o tym filmie – jakiś japoński “pojeb” zrobił film z Quentinem Tarantino! Taaa… Tylko, że Mr Tarantino dawno niczego fajnego nie zrobił… Deathproof był dla mnie porażką – 2/3 filmu to wymęczone gadki, popłuczyny po “Pulp Fiction”. Pościgi nie są warte tej męczarni wcześniej. Kill Bill był w miarę ok, ale tylko pierwsza część. Na drugiej zasypiałem. A Miike fajnym reżyserem jest. Tarantino mu do niczego nie jest potrzebny. W “SWD” zabrakło polotu, spoiwa. Film pod koniec robi się męczący i dość irytujący. Szkoda zmarnowanego pomysłu.