Śniadanie z mistrzem Vonnegutem


Vonneguta odkryłem przez przypadek. Kiedyś znalazłem jego książkę na półce w domu. To była powieść “Witajcie w małpiarni”. Chodziłem wtedy do liceum i miałem kilkanaście lat i generalnie chyba nie wszystko jeszcze rozumiałem…
Pracuję teraz nad pewnym projektem. To poważna sprawa chyba. Nie chcę pisać, że piszę książkę, bo nie piszę. Raczej się solidnie przygotowuję do tego. Mentalnie i merytorycznie…
Nie ukrywam, że Vonnegut jest dla mnie dużą inspiracją. Dlatego postanowiłem, że przypomnę sobie książkę, którą lubiłem zawsze najbardziej – “Śniadanie mistrzów”. Czytałem ją jakieś 10-11 lat temu. Teraz, w trakcie lektury stwierdzam, że tak naprawdę to jej nie czytałem. Nie pamiętam praktycznie nic poza faktem, że głównym jej bohaterem jest pisarz fantastycznonaukowy Kilgore Trout, że publikował on swoje teksty w magazynach, w których było dużo zdjęć “bobrów” i, że sam Kurt Vonnegut pojawia się w tej powieści, bo uważa, że powinien, że to mu samemu pomoże.
Zapomniałem całą masę zabawnych myśli, stwierdzeń, mnóstwo smaczków, rodzynków…
Jak chociażby ten:

Kilgore Trout napisał kiedyś opowiadanie w formacie rozmowy między dwoma drożdżami. Spożywając cukier i dusząc się we własnych ekskrementach, dyskutowały nad celem życia. Z powodu swojej ograniczonej inteligencji nigdy nie wpadły na to, że robią szampana.

Mistrzostwo! Tak mi się to podoba, że chyba to będzie motto całej książki…
Tylko muszę ją napisać. Podobno każdy człowiek jest w swoim życiu w stanie napisać jedną książkę. I fakt ten nie czyni zeń pisarza…. I, jeśli mnie pamięć nie myli, to chyba właśnie mistrz Vonnegut coś takiego stwierdził.

Leave a Reply