Zapomniałem o moim ulubieńcu – komiku Jonie Lajoie… Nie zaglądałem na jego kanał You Tube od bardzo dawna… Ale teraz przynajmniej jest co oglądać…
Zapomniałem o moim ulubieńcu – komiku Jonie Lajoie… Nie zaglądałem na jego kanał You Tube od bardzo dawna… Ale teraz przynajmniej jest co oglądać…
Byliśmy dzisiaj na wystawie Zbigniewa Libery w Zachęcie. Bo to przecież wielkie wydarzenie jest! Pierwsza tego typu, na taką skalę odsłona jego twórczości.
A ja, człowiek który na sztuce raczej się nie zna, pana Liberę bardzo sobie cenię. Przede wszystkim dlatego, że rozumiem to co robi. Widzę w tym sens, a niektóre rzeczy wręcz uważam za genialne. Artysta jest mistrzem zabawy konwencją, robieniem “czegoś” z “czegoś innego”. Używaniem symboli po to, żeby coś przekazać albo chociaż zmusić do myślenia. Zestaw klocków Lego – obóz koncentracyjny, cykl fotografii Pozytywy, cykl Mistrzowie… Praktycznie większość prac, które stworzył mi się podoba. Dlatego też zobaczenie tego wszystkiego w jednym miejscu, z bliska, a nie w albumie, gazecie czy magazynie było po prostu musem! Szczególnie, że w pracy też żeśmy mieli troszkę zamieszania związanego z tym wydarzeniem – duży wywiad, okładka, zbieranie materiałów. Działo się. Oczekiwania wobec ekspozycji były więc ogromne.
I niestety tak to bywa, że jak ktoś za bardzo się napali to potem się może sparzyć. Owszem. Fajnie było to wszystko obejrzeć z bliska. Przyjrzeć się, a niektóre rzeczy nawet dotknąć. Tylko, że wyszedłem z Zachęty rozczarowany. Dlaczego? Miałem wrażenie, że organizatorzy wystawy nie mieli pomysłu na to jak to wszystko fajnie pokazać. Niby był klucz – zestawiamy nowe prace Libery z tym co tworzył na początku. Ale to chyba za mało. Za bardzo mi to wszystko przypominało magazyn. Nie tak sobie wyobrażałem wystawę jednego z najważniejszych polskich artystów!
Z drugiej strony tak sobie myśle… Jest taki drugi pan, Robert Kuśmirowski, który po prostu mnie rozbestwił. Jego “Masyw kolekcjonerski”, który widziałem pół roku temu w Krakowie był ekspozycyjnym majstersztykiem. Wszystko stało tam gdzie trzeba, w takiej kolejności jak trzeba. Wizyta na wystawie wciągała, kolejne jej etapy miały swój sens, znaczenie. Pojawił się nawet finał! Może dlatego prosta, zwyczajna wystawa nie robi już na mnie takiego wrażenia…
Daniel Koziarski – “Mój prywatny Sąd Ostateczny”
Grasshopper, Lublin 2009
Daniel Koziarski dał się już poznać jako ironiczny humorysta, który podchodzi do śiwata z satyrycznym zacięciem. W “Moim prywatnym Sądzie Ostatecznym” postanowił pokazać mroczniejsze oblicze. Ze średnim skutkiem.
“Mój prywatny Sąd Ostateczny” ma podobną konstrukcję co “Klub Samobójców”, poprzednia ksiązką Koziarskiego: to kilka historii łączących się ze sobą niektórymi wątkami. Tyle że nie poznajemy ich równolegle, lecz jako kolejne części. Bohaterką “Spraw niedokończonych” jest Grażyna, prawniczka w kwiecie wieku z kompletnie nieudanym życiem osobistym, które rekompensuje pracą, prowadząc niewielką, ale prężną kancelarię. Nie może o sobie powiedzieć, że jest kobietą sukcesu, ale ma poczucie kontroli nad życiem. Świat wali się jej na głowę, kiedy dowiaduje się, że jest chora na raka. Miota się, chce naprawić dawne błędy, szuka spełnienia w romansie z młodszym mężczyzną. Historia sprawia wrażenie wiarygodnej, ale brakuje jej tej iskry, zaangażowania, które sprawiłoby, że można by choć trochę współczuć bohaterce.
W “Życiowej szansie” śledzimy zmagania Krzysztofa, studenta prawa, który marzy o karierze aktorskiej, ale na razie musi zadowolić się rolą statysty. Ma także kłopot ze swoją seksualnością – czuje, że pociągają go mężczyźni, chce być gejem, ale boi się do tego przyznać przed światem i przed samym sobą. Potwierdzenia szuka u prostytutki, partnera znajduje przez internet. Perypetie Krzysztofa to zdecydowanie najlepszy fragment prozy w tej książce. I to nie ze względu na ciekawe podejście do homoseksualizmu. Siłą tej części jest przede wszystkim pojawiająca się intryga kryminalna, która ciekawie spina wszystkie wątki.
“Dziesięć lat później” to losy Mateusza, taksówkarza, który nie potrafi pogodzić się z samobójczą śmiercią córki. Postanawia wymierzyć śiwatu sprawiedliwość – zabić wszystkich, którzy jego zdaniem są za tragedię odpowiedzialni. Pisarz zrezygnował tu z pierwszoosobowej narracji, a szkoda, bo bohater zasługuje na to, by dać mu możliwość wykrzyczenia swojego bólu, opowiedzenia o demonach, które siedzą w jego głowie i pchają do zabójstwa. Został potraktowany zbyt powierzchownie, a chłodny i suchy styl odebrał mu siłę rażenia, która pewnie wstrząsnęłaby czytelnikiem.
“Mój prywatny Sąd Ostateczny” mógłby stać się ważną książką – ale to się nie udało, głównie ze względu na niezaspokojone ambicje moralizatorskie twórcy. Koziarski przekracza subtelną granicę między literaturą a publicystyką, ze szkodą dla tej pierwszej. Nieco mniej nachalna autorska akwizycja jedynie słusznego punktu widzenia na rzeczywistość sprawiłaby, że czytałoby się to wszystko bez zażenowania i poczucia, że oto ktoś próbuje nas pouczać.
Tekst opublikowany w dodatku “Kultura” do “Dziennika Gazety Prawnej” z dnia 4 grudnia 2009 r.
Witold Krassowski – “Powidoki z Polski”
EK Pictures 2009
http://powidokizpolski.pl/
“Powidoki z Polski” to nostalgiczna podróż po Polsce i świetny dokument zmian po upadku komunizmu.
Lato 1995 roku, spotkanie wyborcze. Wszyscy fotoreporterzy kierują obiektywy w tę samą stronę – polityka na podeście. Tylko jedna osoba z aparatem stoi z boku, patrzy w innym kierunku. Tak mógł wyglądać moment, kiedy Witold Krassowski robił zdjęcia, które znalazły się w książce. Jego “Powidoki z Polski” to pasjonująca opowieść o zwykłych ludziach, w której istotne polityczne wydarzenia stanowią tło i pretekst do sportretowania społeczeństwa okresu przejściowego.
Witold Krassowski, rocznik 1956, to żywa legenda polskiego fotoreportażu, dwukrotny laureat World Press Photo. Swoje zdjęcia publikował w gazetach i magazynach na całym świecie (m.in. “The Independent”, “Der Spiegel”). Teraz wpisał się w popularny trend wydawania podsumowań 20-lecia upadku komunizmu w Polsce. “Powidoki z Polski” są jednak głosem różnym od innych. Nie ma tu zdjęć z obrad Okrągłego Stołu czy wiwatującego premiera Tadeusza Mazowieckiego. W czarno-białych fotoreportażach z okresu 1989-1997 znajdziemy tematy świadczące o socjologicznym zacięciu autora. To subiektywne spojrzenie na wybory 1989 roku, stocznię gdańską, bezrobocie, elimimacje do Miss Polonia, Romów żebrzących na Dworcu Centralnym… Tematy oklepane, jednak Krassowski jak mało kto stawia w swoich zdjęciach na człowieka, pokazanie jaki jest,co przeżywa i czuje. Mamy tu całą paletę emocji: od ciekawości, nadziei poprzez wzruszenie, smutek aż po strach i złość. Fabularna konstrukcja “Powidoków z Polski” sprawia, że wciągają one jak dobra lektura, która dodatkowo zmusza do refleksji nad naszą obecną kondycją. Jacy byliśmy, co się zmieniło?
W czasach, kiedy fotoreportaż ustępuje miejsca w magazynach lepiącym się od lukru sesjom zdjęciowym, niszą, w której ma szanse zaistnieć ta dziedzina fotografii, są albumy. Szkoda tylko, że młodzi fotografowie coraz rzadziej wiedzą co to znaczy opowiadać historie i liczyć możemy tylko na starych mistrzów jak Witold Krassowski.
Tekst opublikowany w dodatku “Kultura” do “Dziennika Gazety Prawnej” z dnia 20 listopada 2009 r.
Jan Seghers – “Zbyt piękna dziewczyna”
Tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009
Jan Seghers stara się być niemieckim Mankellem. Wychodzi mu tu nieporadnie, bo inspirując się szwedzkim mistrzem nie tworzy nic oryginalnego tylko bardzo słabą kopię, w której aż roi się od niedoskonałosci.
Zamieszczenie informacji na tylnej okładce książki “Zbyt piękna dziewczyna” Niemca Jana Seghersa (właśc. Matthias Altenburg), że pisarz tworzy powieści wzorowane na książkach skandynawskich autorów tj. Henning Mankell nie było zbyt szczęśliwym zabiegiem wydawcy. Znacznie lepiej brzmiałoby sformułowanie “inspirowane”, które nie niesie za sobą tak silnego podejrzenia o plagat. Ale to drobiazg, który możemy zwalić na karb tego, że jestem osobą, która lubi się czepiać. Wymienienie nazwiska najpopularniejszego obecnie w Polsce szwedzkiego pisarza Henninga Mankella to oczywiście marketingowy wabik, który przyciągnie zapewne miłośników jego twórczości, żeby sięgneli po książkę kogoś kto pisze podobnie. Z tym jednak trzeba bardzo uważać. Fani mają to do siebie, że nie lubią podróbek. A “Zbyt piękna dziewczyna” niestety nią jest.
Powieść Seghersa jest oczywiście kryminałem, więc chodzi w niej o to co zwykle. Mamy tajemnicze morderstwo. Policja znajduje zmasakrowane ciało mężczyzny w parku. Denat nie ma przy sobie dokumentów, brakuje śladów, dowodów rzeczowych. Po ustaleniu tożsamości ofiary i tak trudno stwierdzić jest kto mógłby byc mordercą i jakie mogły być motywy zabójstwa. Owo skomplikowane śledztwo prowadzi komisarz Robert Martheler. Pisarz zadbał, o to żeby to była postać z “krwi i kości”, a nie tylko policjant, który ma rozwiązać kryminalną zagadkę. Bohater cierpi na bóle głowy i generalnie ma problemy ze zdrowiem, kondycją (między innymi dlatego kupuje sobie rower), uwielbia słuchać muzyki poważnej (z naciskiem na Fryderyka Chopina), jest samotnym wdowcem i wdaje się w romans z sympatyczną, młodszą od niego Czeszką – Terezą. Ja rozumiem, że Seghers bardzo chciał pokazać, że policjant “też człowiek”, ale czy rzeczywiście musiał aż tak mocno naśladować twórczość Mankella? Czytelnikom znającym perypetie komisarza Wallandera już się pewnie wszystkiego domyślają, bo są to sprawy oczywiste. Niewtajemniczonym tłumaczę: Kurt Wallander z komisariatu w szwedzkim Ystad cierpi na otyłość, ma cukrzycę, cierpi na częste bóle głowy, ukojenie znajduje słuchając nagrań opery, jest rozwodnikiem i wdaje się w romans z Łotyszką z Rygi, Baibą. Takie “kserowanie” koncepcji Szweda (różnice przecież są subtelne) świadczy raczej o braku własnych pomysłów niż o dbaniu o szczegóły i realizm postaci.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bardzo słaba psychologia stworzonych postaci. O ile sama intryga kryminalna jest całkiem nieźle skonstruowana, a jej rozwiązanie trudne do przewidzenia, o tyle relacje pomiędzy bohaterami “Zbyt pięknej dziewczyny” są okropnie sztuczne i naciągane. Szczególnie tyczy się to pracowników komisariatu. Nie będę się już bawił w wymienianie ile podobieństw jest między komisariatem, w którym pracuje Martheler a tym w Ystad. Nadmienię jedynie, że takowe występują. Bardziej uderzające były dla mnie dziwaczne rozmowy (przede wszystkim pomiędzy komisarzem Marthelerem i pracownikiem laboratorium Carlosem Sabato), sytuacje, które spotykały osoby tam pracujące, procedury postępowania w niektórych przypadkach (wyboraźcie sobie, że komisarz idzie do samochodu spać w czasie negocjacji z potencjalnym mordercą, który właśnie siedzi uzbrojony, zabarykadowany na miejskiej wieży). Niejednokrotnie łapałem się za głowę zastanawiając się – kto tak ze sobą rozmawia, co to za ludzie? Seghers kompletnie pogległ na tym polu.
Jest taka scena kiedy Robert Martheler znajduje się w mieszkaniu swojego znajomego. Ogląda książki w pokoju. Bierze do ręki jedną z nich. To jakiś kryminał. Czyta kawałek. Nie jest to literatura najwyższych lotów. Komisarz czuje zażenowanie i zastanawia się kto sięga po takie rzeczy. Scena jakże wymowna w kontekście powieści, której jest bohaterem. Bo też można się zastanowić kto czyta Seghersa? To sytuacja jak przy sprzęcie audio-video – jest Panasonic i jest Pamasonix. Dobrze wiemy, która firma gwarantuje nam jakość. Tak samo jest tutaj – można czytać Mankella, ale można też zajrzeć do Seghersa. Który z nich będzie lepszy?
Jay Asher – “Trzynaście powodów”
Tłumaczenie: Aleksandra Górska
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2009
“Trzynaście powodów” to historia, która aspiruje do bycia dramatem psychologicznym ukazującym tragedię osoby, która decyduje się targnąć na swoje życie. Zadanie to niełatwe chociażby dlatego, że raczej trudno wczuć się w położenie i stan psychiczny przyszłego samobójcy. Ambitne zamiary przegrały z grafomanią i brakiem wyczucia tematu.
Nastolatek Clay Jensen otrzymuje paczkę. Pudełko po butach, a w nim siedem kaset magnetofonowych ponumerowanych po obu stronach. Już po uruchomieniu pierwszej taśmy oblewa się zimnym potem. Z każdą następną objawy niepokoju są coraz silniejsze. Na taśmach nagrany jest głos jego koleżanki Hannah, w której się podkochiwał. Ale to nie dlatego chłopak czuje się nieswojo. Kilka tygodni wcześniej dziewczyna popełniła samobójstwo. To czego słucha Clay to jej pożegnalny list – oskarżające wyznanie, w którym po kolei, w trzynastu odsłonach wskazuje kto, kiedy i dlaczego przyczynił się do jej decyzji o samobójstwie.
Może to lekko naciągane skojarzenie, ale już na początku pomyślałem sobie o współczesnych japońskich horrorach – filmach takich jak „Ring”, „Nieodebrane połączenie” czy „Klątwa”. Mamy zmarłą, mamy gadżet – kasetę, mamy też winnych – w liczbie, jakże symbolicznej, trzynastu. Idealny materiał na mrożącą krew w żyłach opowiastkę. Spragnionych mocnych wrażeń muszę jednak rozczarować. Nie ma tu duchów, nie ma wielu trupów, nie pojawiają się blade ciemnowłose kobiety bez oczu, pełzające po podłogach, schodach i innych powierzchniach lokali użytkowych. Ludzie z listy Hannah żyją i w sumie to niewiele się z nimi dzieje, poza faktem, że pojawiają się w jej wspomnieniach. W sumie to może trochę szkoda, bo gdyby to wszystko osadzić w realiach azjatyckiego horroru historia nabrałaby nieco mocy i mogłaby powstać z tego całkiem „sympatyczna” makabreska.
Wszystko zaczyna się od błahostek. Pierwsze osoby i ich pierwsze przewinienia pozornie wydają się być mało istotne. Hannah jest obiektem plotek, chłopcy mówią w szkole różne „brzydkie” rzeczy na jej temat. Z kimś tam się całowała, ale ten twierdzi, że robili coś więcej. Inny chłopak urządza plebiscyt, w którym Hannah zostaje „najlepszą dupą” w klasie. Niby nic. Jednak każdy kolejny bohater z listy dokłada dziewczynie kolejną porcję zmartwień. Autor postanowił skorzystać ze znanego w psychologii efektu „kuli śniegowej”. Drobnostki zaczynają urastać do rangi dużych problemów. Sytuacja robi się dramatyczna. Nikt tego oczywiście nie zauważa poza samą bohaterką. Dziewczyna czuje się coraz bardziej odtrącona, jej alienacja postępuje błyskawicznie. Zaczyna myśleć o samobójstwie…
Możliwe, że Jay’owi Asherowi przyświecał jakiś wyższy cel kiedy pisał swoją debiutancką powieść. Miał oryginalny pomysł, dużo zapału i lekkie pióro. Pewne jest jednak to, że nie udało mu się osiągnąć zamierzonego efektu. Zamiast poruszającej powieści o samobójstwie stworzył pretensjonalne czytadło dla nastolatków które mądrość życiową czerpią z gazetek typu „Bravo” i książek o przygodach Harry’ego Pottera.
Nie sposób wejść w skórę żadnego z bohaterów, od których aż bije sztuczność i przerysowanie. Clay podczas słuchania taśm zaczyna dostawać spazmów, ataków histerii, wymiotuje. Reakcje byłyby może i zrozumiałe, gdyby fabuła była rzeczywiście wstrząsająca. Autor nie potrafił „wyjaśnić” emocji chłopaka na tyle przekonywająco, żebym mógł rzeczywiście się z nimi identyfikować. Natomiast logika myślenia Hannah jest zbyt toporna, dziewczynie brakuje wyobraźni. Z jednej strony jest przewrażliwioną i głupiutką dziewczynką, którą można skrzywdzić byle słowem czy postępkiem, a z drugiej strony ma ona w sobie tyle przebiegłości i odwagi, żeby zaplanować swoje samobójstwo i intrygę dotyczącą winnych tego postępku. Strasznie to naciągane.
Postanowiłem pozbierać teksty, które kiedyś gdzieś tam powstały i kiedyś gdzieś tam opublikowałem. Część z nich można jeszcze odnaleźć, część znikła… Chce mieć je wszystkie tutaj, więc stopniowo archiwa uzupełniać będę.